Ale miałam sen!
W sumie absurdalny, ale nadal jestem pod jego wrażeniem. Był znowu pełen barw, ale i dziwnych emocji. Choć kompletnie poplątany.
Śniło mi się, że byłam z różnymi znajomymi na Dominikanie. W tym moim śnie właśnie to była Dominikana, choć w rzeczywistości Dominikana zupełnie inaczej wygląda. Ta z mojego snu była raczej skrzyżowaniem pięknej wyspy na oceanie z Machu Pichu.
W każdym razie byłam ze znajomymi w jakimś dziwnym miejscu. Coś jak na wielgachnym statku, na jeszcze większej rzece. I oto na środku rzeki znajduje się brama. Kurde, brama to niezbyt dobre określenie. To było jak potężne kamienne wrota, z ciemno granitowego kamienia.
Na statku wielkie poruszenie. Otóż wszyscy wiemy, że tam za tą bramą zaczyna się Tajemna Część Wyspy. Tylko nieliczni mają tam dostęp. A właściwie dostęp ma każdy. Ale nieliczni się decydują.
Jest coś szalenie intrygującego, ale i niepokojącego w tej części wyspy za wielkimi wrotami.
Tam żyją ludzie. Ludzie z dawnych czasów. Nie wiem czy to Majowie, czy Aztekowie, ale w każdym razie żyją tam ludzie z jakieś starożytnej cywilizacji. A może to Atlantydzi???
Decyduje się z kilkoma znajomymi na przejażdżkę wodną na drugą stronę kamiennych wrót. Mój Kapsel zostaje z dziećmi w bezpiecznej części, a ja wyruszam na spotkanie z przygodą.
Kamienne wrota powoli się otwierają. Naszym oczom ukazje się bajeczny widok. Potężna góra, której szczyt ginie w chmurach. Tropikalny klimat tu na dole. Dopiero teraz spostrzegam, że to czym płyniemy, jest swego rodzaju barką. Ale nawet nie. Wygląda jak taki stateczek faraonów ze starożytnego Egiptu. Jest cały pokryty złotem. Niska burta, zaledwie taka do kolan. Nad głowami baldachim osłaniający od słońca. I bębny. Wyraźnie słyszę miarowy dzwięk bebnów. Wręcz hipnotyczny. Nasza barka nie płynie. A może płynie, nie wiem. Ale zamiast po rzece płynie przez mglę. Nie widzę tafli wody, nie widzę nic właściwie poza tą złotą barką, czerwienią baldachimu nad naszymi głowami, opalonymi twarzami swoich współtowarzyszy. Całą resztę spowija mgla. Czuję że płyniemy, ale nie potrafię powiedzieć, czy podróż odbywa się w poziomie czy w pionie.
I kiedy już dobiega prawie końca, pojawiają się niewiadomo skąd ładnie zbudowani panowie, ubrani w takie szeleszczące, ortalionowe, kolorowe dresy. Te dresy są takie bajecznie kolorowe, jak sari hinduskich kobiet. Spostrzegam, że oto wszyscy pasażerowie właściwie mają podobne kolorowe dresowe wdzianka. I każdy dostaje takie jakieś czarowne listewki w kolorze swojego dresu. Poproszeni jesteśmy, by sobie je przytwierdzić do spodni. Są nawet w tym celu wszyte w spodnie specjalne podłużne kieszonki. Wszyscy więc posłusznie wsuwamy deseczki w przeznaczone miesca.
I wtedy przyszedł czas na opuszczenie naszej złotej barki. Dotarliśmy na miejsce. Byliśmy niejako na szczycie potężnej góry, ginącej w chmurach. Widziałam pod stopami niebieskawe kamienne stopnie. Poza tym stąd droga wiodła tylko w dół. Wśród mgiel...
Pod stopami leżał biały puch, jak śnieg. Tyle że nie był ani zimny, ani nie topił się w ciepłych dłoniach.
Gdy tylko postawiłam pierwszy krok, zaczęłam powoli ale płynnie zjeżdżać w dół. Jak na nartach. Choć raczej płynęłam. Moje stopy ślizgały się lekko po powierzchni kamiennych stopni, nabierałam szybkości. I otulała mnie coraz gęstsza mgła...
I nagle brakowało mi tchu. Powietrze było bardzo rzadkie, trudno było mi oddychać. Kazdy oddech sprawiał ból w klatce piersiowej i powodował kolorowy zawrót głowy. Kamienne stopnie przekształciły się w tunel. Tunel był wąski, zrobiony jakby z lodu albo białej porcelany. Z mnóstwem zakrętów. Zjeżdżało się coraz szybciej i szybciej. Po drodze spotykałam przeróżnych znajomych z różnych okresów mojego życia. Pojawiay się twarze kolegów i koleżanek z podstawówki, z ogólniaka, ze studium, twarze sąsiadek i twarze facetów, którzy zawrócili mi kiedyś w głowie...
I nagle cisza... Te wszystkie osoby - przed chwilą jeszcze pełne barw, śmiejące się, wołające do mnie w przelocie "cześć" i inne pozdrowienia - nagle stawały się mniejsze. Traciły barwy. Powietrze robiło się coraz gęściejsze. Już nie brakowało mi tchu. Wszystko spowalniało. Kolory znikały. Robiło się gęściej i wolniej, i ciszej...
Teraz zamiast znajomych widziałam nieme, małe postacie z krwi. Całe ich ciałka były utworzone jakby z krwi. Nie przerażały mnie.... Przerażała mnie cisza i ta coraz większa gęstość powietrza. Przerażało mnie, że wszystko stawało się takie wolne. Każdy ruch, każdy gest był jak na filmie o zwonionych obrotach... Patrzyłam z coraz większym zdziwieniem i chyba coraz większym lękiem na mijane postacie... Ich twarze traciły kształty... Chciałam krzyczeć, ale mój krzyk był niemy. Moje dłonie powoli też zmieniały kolor na krwisto czerwony...
Obudziłam się z uczuciem ulgi, a jednak z fascynacją.
Zastanawiam się cały czas, skąd się biorą takie sny. Nieźle trzeba mieć chyba popieprzono we łbie, żeby się takie dziwactwa tworzyły.
No... Ale kto twierdzi, iż ja jestem normalna.
------------------------------------------
Przypominam o Pingerowej Kuchni z Jajem ->
smakoszka.pinger.pl/(…)pingerowa-kuchnia-z-jajem-8-…
Nadal wszystkich zapraszam do wspólnego gotowania.
-
gość:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›